Google nie karze za treści od AI – karze za treści bezwartościowe, niezależnie od autora. Wyjaśniamy, gdzie przebiega granica, czym jest „scaled content abuse” i jak używać AI w treściach firmowych bez ryzyka.
„Czy Google bije za teksty z ChatGPT?” – to jedno z najczęstszych pytań, jakie słyszymy od klientów planujących bloga firmowego. Krótka odpowiedź: nie, jeśli teksty są dobre. Długa odpowiedź jest ciekawsza, bo pokazuje, jak zmieniło się myślenie o treściach w SEO – i gdzie faktycznie leży ryzyko.
Google od lat powtarza tę samą zasadę: nagradzamy treści przydatne dla ludzi, niezależnie od tego, jak powstały. Automatyzacja sama w sobie nie łamie wytycznych – łamie je produkcja treści, których głównym celem jest manipulowanie rankingiem, a nie pomoc czytelnikowi. W wytycznych dla oceniających jakość wyszukiwania pojawiło się wprost pojęcie „scaled content abuse”: masowe generowanie stron o niskiej wartości, za które Google obniża widoczność całych serwisów.
W praktyce oznacza to, że blog firmowy z dziesięcioma rzetelnymi artykułami napisanymi z pomocą AI jest bezpieczny, a serwis z tysiącem wygenerowanych podstron „słowo kluczowe + miasto” ryzykuje utratę całej widoczności.
Pierwsze: halucynacje. Model poproszony o artykuł ekspercki bez materiału źródłowego zacznie zmyślać liczby, przepisy i nazwy. W tekście o zdrowiu, prawie czy finansach to prosta droga do realnej szkody i utraty zaufania. Drugie: generyczność. AI pisze poprawnie, ale bez doświadczenia – a właśnie doświadczenie (pierwsze E w E-E-A-T) odróżnia treści, które Google chce pokazywać, od contentowej papki. Trzecie: identyczność. Tysiące firm używa tych samych promptów, więc czysto wygenerowane teksty są do siebie bliźniaczo podobne.
Test jakości niezależny od autora: czy ten tekst mówi coś, czego nie ma w dziesięciu innych tekstach na ten temat? Jeśli nie – nie publikuj go, niezależnie od tego, czy pisał go człowiek, czy model.
Model sprawdza się w rolach pomocniczych: konspekt artykułu, pierwsza wersja akapitów, propozycje nagłówków, uproszczenie żargonu, korekta. Człowiek wnosi to, czego model nie ma: własne przykłady z realizacji, liczby z projektów, zdjęcia, opinie, stanowisko w spornych kwestiach. Tekst przechodzi redakcję merytoryczną i zostaje podpisany prawdziwym nazwiskiem z biogramem – dokładnie tak prowadzimy treści u siebie i u klientów.
Ten proces wzmacnia też widoczność w silnikach AI, o której pisaliśmy w artykule o widoczności w AI – modele cytują chętniej treści z konkretami i wyraźnym autorem.
Autor z imieniem, nazwiskiem i biogramem przy każdym wpisie. Data publikacji i aktualizacji. Źródła przy twierdzeniach, które ich wymagają. Strona „o nas” z prawdziwymi ludźmi. Spójne dane firmy w stopce i wizytówce Google. To brzmi banalnie, ale w zalewie anonimowych treści generowanych masowo te podstawy stały się realną przewagą rankingową.
Google tego nie wymaga. Wymaga (pośrednio) tego, żeby treść była rzetelna i przydatna. Oznaczenie bywa dobrą praktyką wizerunkową w branżach opartych na zaufaniu.
Nie. Regularne badania pokazują wysoki odsetek fałszywych oskarżeń i łatwość obejścia. Google zresztą nie deklaruje używania „detektora AI” – ocenia jakość, nie pochodzenie.
Tak, jeśli podasz modelowi prawdziwe dane każdego produktu i zweryfikujesz wynik. To inna sytuacja niż generowanie 500 artykułów blogowych „na słowa kluczowe” – opisy produktów mają służyć klientowi, który już na stronie jest.
Tłumaczenie maszynowe dobrej treści jest w porządku, o ile przejdzie korektę native speakera lub osoby znającej branżę – surowe tłumaczenia pełne kalek językowych obniżają wiarygodność tak samo jak zła treść.
Napisz, co chcesz osiągnąć – odpiszemy w ciągu 24 godzin roboczych.

Używamy plików cookie, aby zapewnić działanie strony oraz – za Twoją zgodą – analizować ruch i dopasowywać treści. Możesz zaakceptować wszystkie, odrzucić opcjonalne albo wybrać samodzielnie. Zgodę możesz zmienić w każdej chwili. Polityka prywatności ↗︎